niedziela, 15 listopada 2009

Niezastąpieni z SB

W jedynej z codziennych gazet znalazł się krótki tekst o rozbudowie boiska w miejscu w którym przed wojną znajdował się żydowski cmentarz w małym miasteczku zwanym Biłgorajem i o kontrowersjach z tym związanych. Dziś jest to teren szkolny w środku miasta. Cmentarz w czasie wojny został zniszczony przez Niemców i nie ma po nim śladu, nic o nim nie mówi również plan zagospodarowania przestrzennego. W latach osiemdziesiątych na części tego terenu wybudowano salę gimnastyczną. Starostwo Powiatowe na kolejnym fragmencie rozpoczęło budowę nowoczesnego boiska. Burmistrz miasta Janusz Rosłan miał w tej sprawie inne zdanie niż starosta. Protestowała również Fundacja Ochrony Dziedzictwa Żydowskiego, Biłgorajskie Stowarzyszenie Kulturalne im. Izaaka Singera i naczelny rabin Polski Michael Schudrich.

W zasadzie nic nadzwyczajnego, spór jakie się zdarzają, o którym można dyskutować i przy dobrej woli rozwiązać. Ponieważ pod tekstem znajdował się e-mail postanowiłem napisać do gazety. Wyjaśniłem, że w Biłgoraju znajduje się ładnie odnowiony i zagospodarowany kirkut żydowski (który można znaleźć na internetowej witrynie miasta) i że być może rozwiązaniem byłoby ekshumowanie i przeniesienie szczątków na ów kirkut, z poszanowaniem praw i zwyczajów. Otrzymałem odpowiedź, że to bardzo trudna i kontrowersyjna sprawa ponieważ ekshumacja żydowskich szczątków jest możliwa tylko w wypadku powodzi lub przenosin do Ziemi Świętej.

Kilka dni później ta sama gazeta zamieściła informację, że inwestycja ominie miejsce w którym mieścił się stary kirkut żydowski, a na stronie Stowarzyszenia Singerowskiego, które organizuje różne imprezy upamiętniające historię biłgorajskich Żydów i Izaaka Singera, można przeczytać: „Po niewielkich korektach planów zabudowy oraz zobowiązaniu się do upamiętnienia miejsca poprzez postawienie tablicy pamiątkowej uznano, że osiągnięto porozumienie.” Czyli znaleziono zadowalające rozwiązanie.

Wbrew pozorom mój tekst nie jest o dziedzictwie żydowskim, ani o problemach z kirkutami. W ogóle ich nie dotyczy. To tylko wprowadzenie do zasadniczej części, która poniżej.

W pierwszej notatce opublikowanej przez gazetę zamieszczono wypowiedź członka zarządu Biłgorajskiego Stowarzyszenia Kulturalnego im. Izaaka Singera pana Artura Bary. Był to dla mnie pewien zgrzyt, ale nie ze względu na to co pan Artur Bara mówił, a ze względu na przeszłość pana Artura Bary. Pan Artur Bara w czasach PRLu był funkcjonariuszem SB. Po upadku komunizmu założył firmę ochroniarską i ochraniał wiele okolicznych przedsiębiorstw, w tym firmę pana Janusza Palikota „Ambra”, produkującą niedrogie wina, acz nie te najtańsze. Dziś pan Artur Bara jest skarbnikiem Stowarzyszenia Singerowskiego, i to pan Artur Bara wypowiadał się dla prasy i rozmawiał z Michaelem Schudrichem na ten temat. We władzach Stowarzyszenie jest też Henryk Wujec, a prezesem Paweł Śpiewak. Jeszcze niedawno na stronie Stowarzyszenia znajdowało się zdanie, że „Duchowo całe przedsięwzięcie wspiera Jezuita ojciec Wacław Oszajca, podporą finansową stowarzyszenia jest poseł Janusz Palikot.”.

W swoim mejlu do gazety oprócz tematu cmentarza podzieliłem się również wątpliwościami co do cytowania pana Bary. W odpowiedzi dostałem, w sumie słuszną, opinię że w tej sprawie przeszłość pana Bary nie ma znaczenia a dodatkowo autor notatki wie kim jest pan Bara, który zresztą swojej przeszłości nie ukrywa. Nie był to jedyny temat korespondencji. Przypomniałem też że kilka lat wcześniej w Biłgoraju wybuchł spór, o którym rozpisywała się prasa ogólnopolska, o nazwę ulicy – czy ma nosić imię I. Singera czy kard. Wyszyńskiego. Opublikowano wówczas wypowiedź zwolennika opcji „prosingerowskiej” pana Zbigniewa Białonia, przewodniczącego rady osiedla przez które przebiegała ulica. W latach osiemdziesiątych szefem, czy wiceszefem SB w Biłgoraju był pan o nazwisku Zbigniew Białoń, a według wszelkich znaków na niebie i ziemi nie jest to przypadkowa zbieżność nazwisk. Dziennikarz z którym wymieniłem mejle odparł, że sprawę sporu o nazwę ulicy zna bardzo dokładnie.

W zasadzie nic się nie stało. Jeden SBek został skarbnikiem Stowarzyszenia do którego należy wraz z Henrykiem Wujcem, Pawłem Śpiewakiem, Waclawem Oszajcą i Januszem Palikotem. Udziela wywiadów. Drugi, jeszcze ważniejszy eSBek wypowiada się do prasy na lokalne, a jednak politycznie ważkie tematy. O przeszłości panów się nie wspomina, przecież nie tego dotyczy rozmowa.

Dziś można więc z eSBekami rozmawiać o piłce nożnej, wszak mogą i pewnie należą do piłkarskiego związku. Albo o literaturze, może o hodowli kanarków, w hodowli są na pewno wprawieni. Dlaczego niby nie?

Czego ja się czepiam? Czy nie mogą należeć gdzie chcą i robić co chcą, zwłaszcza że innym miłośnikom historii, literatury czy sportu to nie przeszkadza, a wręcz przeciwnie? Czy dziennikarze nie mogą biec do nich po wywiady jak do skarbnicy wiedzy wszelakiej? A może jednak, jeśli nie zostali rozliczeni ze swej przeszłości, to chociaż powinien spotkać ich jakiś ostracyzm? A może to ja jakiś dziwny jestem?

Ciekawe czy o twórczości Tołstoja dobrym rozmówcą byłby znawca literatury z KGB, a Goethego z Waffen SS?

wtorek, 10 listopada 2009

Skaczcie!

Wybuchł światowy kryzys, ludzie zaczęli tracić oszczędności, samochody, domy. Upadły niektóre banki, inne prosiły o pomoc państwową, jednak nie zapominały o wysokich premiach dla swych zarządów. Oburzeni ludzie gromadzili się na Wall Street i manifestowali niezadowolenie. Jak - przedstawia zdjęcie poniżej. Nie słyszałem, żeby któryś szef banku z Wall Street skorzystał z zachęty. Ale wcale nie piszę o kryzysie. To znaczy piszę, tylko o całkiem innym.

W Polsce szaleje korupcja. Nawet Bank Światowy wycenił koszt uchwalenia ustawy w Sejmie na ok. 3 mln dolarów. Ile było uczciwych prywatyzacji to wiedzą tylko ci, którzy je wygrali. Na jakiś czas „lobbyści” przyczaili się.

Dziś wśród osób oskarżanych o korupcję, lub tylko zaplątanych w niejasne działania modna jest nowa linia obrony – na „Sawicką”. Należy rozpłakać się, ponarzekać na służby specjalne, opowiedzieć o myślach samobójczych, koniecznie wytrzeć sobie gębę Barbarą Blidą. Zbawienny jest jakikolwiek kontakt z agentem „Tomkiem”. Nie oburza mnie to i nie dziwi. To jest linia obrony. Ludzie w sytuacji zagrożenia wieloletnim więzieniem mają prawo bronić się w taki sposób jaki uznają za najbardziej skuteczny. I w jaki podpowiedzą im prawnicy.

Natomiast warto zwrócić uwagę jaką rolę odrywają w tym całym procederze dziennikarze. TL, TS, AM, BW, KR. Otóż pochylają się. Z szacunkiem i uwagą. Wysłuchują. Właściwie współczują. I nie zadają brutalnych i zbyt trudnych pytań. Zachowują się jak w domu rodzinnym Vita Corleone po jego śmierci. Przemykają cicho między pytaniami, mówią szeptem, ze zrozumieniem kiwają głowami. W kolejce po nową linię obrony prawdopodobnie już ustawiają się: Rywin, Bagsik, Dochnal, Jakubowska, Pęczak. Zapewne zostali sprowokowani, może mieli myśli samobójcze i jak nic są w stanie rozpłakać się publicznie w zupełnie naturalny sposób.

Tekst napisałem pod wpływem emocji po obejrzeniu programu nie bardzo na żywo. Myślę, że ten odcinek powinien trafić na wszelkie przyspieszone kursy „dziennikarstwa” we wszelkich szkołach wyższych „tego i owego”.

Pozwolę sobie na przypomnienie zdjęcia z manifestacji na Wall Street, któremu można by nadać tytuł „Skaczcie! (i nie wciskajcie ludziom kitu)”.

niedziela, 8 listopada 2009

Szanowny przyjaciela Donaldu Tusku czyli KROK OD KATASTROFY

Dziś rano od wielce szanownego pana Errola Gradwella otrzymałem mejl. Pan Gradwell jest bankierem. Mejl pana Gradwella nie pochodzi co prawda z domeny bankowej, a z domeny aim.com, ale sprawa jest delikatna więc i poufność zrozumiała. Polszczyzna pana Gradwella również nie jest idealna, ale w czasach „literatury” spod znaku wojny polsko-ruskiej nie należy przejmować się takimi szczegółami. Otóż pan Gradwell proponuje mi interes życia. Od razu stanęły mi przed oczami problemy naszego budżetu, postanowiłem więc tą droga zwrócić się wprost do premiera Donalda Tuska i jego kancelarii. W wasze ręce Panowie! Zwłaszcza, że odkąd zarejestrowałem się na kilku portalach i zasubskrybowałem kilka newsletterów takich kuszących propozycji otrzymuję przynajmniej kilka w miesiącu. Istnieje więc szansa na całkowite rozwiązanie naszych problemów budżetowych. Pan Gradwell nie pisze gdzie mieści się jego bank, ale intuicja wskazuje na kierunek południowy, gdzieś tak między katarem a grypą.

Rząd głodny jest sukcesów. Ogłasza je kiedy tylko może. Gdy zawaliły się negocjacje z Unią Europejską w sprawie stoczni minister Grad ogłosił sukces 90%. Gdy Donald Tusk został zmuszony do zadeklarowania wysokiej kontrybucji jaką Polska ma płacić na absurdalne projekty z CO2 premier ogłosił od razu wielki sukces. W zasadzie jedynym sukcesem w spawie CO2 było odwleczenie tego w czasie od „Nicei” z prawem veta być może aż do „Lizbony” bez takiego prawa... Czekam na ogłoszenie sukcesu w sprawie Gazociągu Północnego. Myślę, że zbudowanie łącznika, albo podpisanie jakieś umowy z Rosjanami może być ogłoszone takim niebywałym sukcesem. Kolejnym będzie np. przekazanie kontroli Rosjanom nad „Jamałem”.

W przypadku interesów z panem Gradwellem premier mógłby ogłosić sukces już w dniu otrzymania takiego mejla.



Treść mejla od Errola Gradwella:


Szanowny przyjaciela,

i zaklada to e-mail zaskakuje dla was
bedzie, ale to prawda.

Jestem w rutynowymi czynnosciami egzamin w mojej bank, w ktуrym pracuje,
ewidencji odkryl, ktуra,
gdzie obecnie $14,300, 000 (( 14 milionуw trzystu dolar amerykanski)
jest zapisana.

Rachunek ten nalezal panуw Christian Eich, ktуry byl klienta do naszego
banku, ktуre niestety zmarlych. Panуw Christian Eich byla rodzimej
niemiecki.

co mi go mozliwe jest to ceny $14,300, 000 inanspruch wzrasta,
potrzeby i mozliwosc wspуlpracy zagranicznego partnera takich jak ty,
jaki moge przedstawic jako zwiazane i po zmarlym do dziedziczenia Pan kalibracji,
tak abysmy mogli podjac ceny inanspruch.

W tym wzgledzie otrzymaja panstwo do 30% Erbschaftsumme i
pozostale 70% dzielic i z moich dwуch ktуrzy, ktуrzy podobnie wspieraja mnie
z tej transakcji.

Jezeli jestes zainteresowany, mozna tu wyslac prosze o e-mail do mnie,
tak, ze moge was wiecej szczegуlуw poslijciez.

Prosze przeslac swoja odpowiedz na ten adres e-mail: ErrolGradwell@aim.com

Z wyrazami szacunku
Errol Gradwell



Tymczasem Polska znajduje się o krok od katastrofy finansów. Rząd przerzuca wydatki budżetowe na różne fundusze. Tak postąpiono z funduszami drogowymi, tak w tej chwili dzieje się z ZUSem, który jest zmuszony do zadłuża się po to by ratować rządowe statystyki. Zadłużać ma się również NFZ, na który dodatkowo przerzucane jest finansowanie procedur za które dotychczas odpowiadało państwo. Stąd też pomysły by zburzyć system emerytalny, ostatecznie pogrzebać niezbyt udaną reformę Buzka i 60% pieniędzy gromadzonych w OFE przekazywać wprost do ZUS. Pieniądze w OFE są jednak pieniędzmi „dedykowanymi” ubezpieczonym, te w ZUSie będą już całkowicie państwowe. Pierwszy krok w kładzeniu łapy na pieniądzach OFE i tak został już uczyniony – gdy (w uproszczeniu) zakazano dziedziczenia składek - ma to szczególne negatywne znaczenie dla małżeństw w których małżonkowie gromadzą swe składki w różnych wysokościach (jednocześnie zrezygnowano z emerytur małżeńskich). Na potęgę zadłużają się samorządy, których budżety też przecież stanowią część publicznego sektora.

Kreatywna księgowość budżetowa nabiera tempa. Wszystko po to, by prawdziwy deficyt ukryć przed opinią publiczną i Unią Europejską. Jeśli nie wydarzy się cud, nie pojawi błyskawicznie światowy wzrost gospodarczy, lub nie będą wprowadzone prawdziwe reformy to pierwszy 55% próg ostrożnościowy zostanie przekroczony w przyszłym roku (o ile nie w tym). Stąd kolejny pomysł na zawieszenie na dwa lata obowiązywania ustawy o owych progach. Dlaczego na dwa? Czy dlatego, że za dwa lata będzie już po wyborach?

Znajdujemy się o krok od katastrofy. Ostatni dzwonek by przeprowadzić konieczne, choć może bolesne zmiany. Inaczej czeka nas droga wytyczona przez Argentynę, Łotwę, Islandię i Węgry. Nie oznacza to upadku państwa, rewolty i kolejnych rozbiorów. Oznacza potencjalną możliwość utraty stabilności finansowej, spadek wartości złotego, skokowy wzrost zadłużenia obywateli i firm, masowe bankructwa przedsiębiorstw, duży spadek produkcji, gwałtowny wzrost bezrobocia i utratę wartości środków zgromadzonych w OFE. Niewątpliwie moglibyśmy liczyć w takiej sytuacji na wsparcie UE i różnych instytucji finansowych, które również nie będą zainteresowane bankructwem Polski, ale przyszłoby za to słono zapłacić. W XXI wieku pieniądze są tylko elektronicznymi zapisami w masowej pamięci komputerów. Nieco żartując - nie ma tyle lasów w Polsce by wyprodukować banknoty pokrywające zadłużenie, że o zasobach złota nie wspomnę. Dlatego nie wątpię, że jeżeli dojdzie do takiej katastrofy otrzymamy koło ratunkowe, ale o samodzielności ekonomicznej i własnej polityce gospodarczej będziemy mogli zapomnieć na długie lata.

Jeszcze nie jest za późno.

niedziela, 1 listopada 2009

Jak to się robi w Platformie

O słynnym „projekcie” z Totalizatorem i umieszczeniu tam córki Ryszarda Sobiesiaka pisała Kataryna w dwóch notkach. Wątek to szalenie ciekawy i zdecydowanie niedoceniany przez media. Miejmy nadzieję, że nie zostanie zdawkowo potraktowany przez komisję śledczą. Chciałbym zwrócić uwagę na jeszcze jeden jego aspekt. Prócz samego wątku hazardowego ujawnienie tej sytuacji oświetla nieco bardziej to, jak sprawy załatwia się w Platformie, oraz zupełną bezkarność i akceptację takiego postępowania. A chodzi o sposób rozdzielania posad w państwowych firmach. Zapewne padną argumenty, że przecież do niczego nie doszło, nie złamano prawa, że wszystko jest w najlepszym porządku i koronny – że inni wcześniej też tak robili... Tym razem jednak udało zajrzeć się za kulisy. Nieco.


Najpierw pokrótce jak to się robi

Marcin Rosół wysyła CV Magdaleny Sobiesiak do wiceministra Skarbu Państwa Adama Leszkiewicza jeszcze zanim ogłoszony zostaje konkurs na członka zarządu Totalizatora! Czyli Rosół już wie, że nastąpią zmiany w Zarządzie. Czy miały miejsca jakieś uzgodnienia między ministrem Drzewieckim, a ministrem Gradem? Skąd o tym wie Sobiesiak? Rycho liczy głosy które otrzyma jego córka. Zaklepany ma głos Moniki Rolnik, świeżo upieczonej członkini Rady Nadzorczej

W mejlu od Rosoła jest napisane, że Magdalena Sobiesiak dysponuje rekomendacją MSiT: "W załączeniu przesyłam ci CV osoby rekomendowanej przez MSiT do zarządu Totalizatora, napisz mi proszę w jakim terminie może nastąpić wybór". Czy taka rekomendacja miała charakter pisemny? Czy tylko ustny? Na jakiej podstawie była wydana? Kto ją wydał? Minister Drzewiecki? Czy MSiT może rekomendować kogokolwiek to zarządu Totalizatora? Na stronie Totalizatora i Ministerstwa nie znalazłem informacji o zasadach rekomendowania członków Zarządu przez MSiT. Byłoby to zresztą o tyle dziwne, że wówczas konkurs nie miałby sensu, a miejsce byłoby po prostu obsadzane przez ministerstwo.

Stąd zapewne wolta Marcina Rosoła, który pierwotnie twierdził, że na temat Sobiesiak rozmawiał z ministrem Drzewieckim, a potem zmienił zdanie i twierdził, że była to jego własna inicjatywa.

Dziennik napisał:
Czy Rosół rozmawiał o tej sytuacji z Mirosławem Drzewieckim? Czy to minister kazał mu wycofać Sobiesiakównę? Rosół podaje nam dwie wersje. Sprzeczne: kiedy rozmawialiśmy z nim 4 października twierdził, że rozmawiał z Drzewieckim o posadzie dla córki biznesmena w Totalizatorze. A potem - około 23 sierpnia - o wycofaniu jej z konkursu. Minister miał powiedzieć: "Jakbyś mógł to ją wycofaj jakoś". To ważne, bo Drzewiecki był właśnie po rozmowie z Donaldem Tuskiem, który pytał go o ustawę hazardową.

Wczoraj Rosół przedstawił inną wersję: "Drzewiecki kazał mi ją wycofać około 17 sierpnia. Wcześniej w ogóle nie wiedział, że córka Sobiesiaka startuje. Forsowałem ją na własną rękę. Nie chciałem w nic wrabiać Drzewieckiego".


Rosół bierze więc mężnie odpowiedzialność na siebie. Warto jednak postawić pytanie jak to się stało, że w ogóle zajmował się tą sprawą? Jakie zadania ma gabinet polityczny ministra sportu, którego Rosół był wówczas szefem? Na stronie ministerstwa można przeczytać:
"Do zakresu działania GABINETU POLITYCZNEGO MINISTRA należą sprawy dotyczące współdziałania ministra z organami władzy państwowej, administracji rządowej, samorządowej, partiami politycznymi, związkami zawodowymi i organizacjami społecznymi, kościołami i związkami wyznaniowymi, wynikające z jego funkcji politycznej."

Sprawa obsadzania Zarządu Totalizatora nie podlega pod jurysdykcję gabinetu politycznego.

Adresatem mejla Marcina Rosoła jest Adam Leszkiewicz, podsekretarz w Ministerstwie Skarbu. Leszkiewicza nie dziwi, że z taką prośba zwraca się do niego szef gabinetu politycznego ministra sportu. Z chronologii zdarzeń podanej przez Dziennik nie wynika, by protestował, odmawiał lub miał wątpliwości. Gwałtowne próby wycofania Magdaleny Sobiesiak przez Rosoła, gdy sprawa stała się parzącym kartoflem, świadczą o tym, że sprawa najprawdopodobniej była już uzgodniona. Niewątpliwie członkowie Rady Nadzorczej Totalizatora mogliby coś na ten temat powiedzieć, a zwłaszcza pani Monika Rolnik, będąca również Dyrektorem Generalnym w Ministerstwie Sportu.. Dlaczego Rosół tak zabiegał u Leszkiewicza o wycofanie Sobiesiak? Czy to Leszkiewicz był osobą która zgłosiła córkę Rycha do konkursu i tylko on mógł ją wycofać? Przecież gdyby kandydatura Sobiesiak trafiła normalną drogą, takąż samą mogłaby być wycofana przez nią samą. Wyjaśnienie wszystkich tajemnic konkursu na członków Zarządu Totalizatora niewątpliwie powinno być ważnym zadaniem przyszłej komisji.

Czym kierował się Adam Leszkiewicz podejmując takie działania? Jakie prawne argumenty przemawiały za takimi formami kontaktu z Marcinem Rosołem. Co Leszkiewicz zrobił, lub co planował zrobić by Sobiesiak trafiła do Zarządu Totalizatora? Czy wywierał naciski na Radę Nadzorczą, lub miał takie plany? Czy były ku temu jakiekolwiek podstawy prawne? I czy wiedział o tym minister Aleksander Grad? Totalizator to jedna z bardziej dochodowych spółek będących we władaniu Skarbu Państwa. Wydaje się mało prawdopodobne, by minister nie interesował się obsadzanie stanowisk w tak newralgicznej z punktu widzenia budżetu firmie. Czy Aleksander Grad rozmawiał kiedykolwiek o Magdalenie Sobiesiak z Adamem Leszkiewiczem lub Mirosławem Drzewieckim?

Według "Dziennika" na prośbę Ryszarda Sobiesiaka Magdalenę do rozmowy kwalifikacyjnej przygotowują eksperci z branży gier. Jacy to byli eksperci? Czy byli w jakikolwiek sposób związani z Ministerstwem Sportu, Ministerstwem Skarbu, Ministerstwem Finansów, lub Totalizatorem?


Osoby dramatu:

Marcin Rosół – o panu Rosole powiedziano już naprawdę dużo. Warto pamiętać, że słynna afera z „dojeniem Platformy” którą ujawnił Newsweek tak naprawdę była aferą dojenia skarbu państwa, ponieważ dojono głównie w czasie kampanii, a pieniądze stanowiące koszt kampanii wyborczej są refundowane przez Skarb Państwa. Czy pieniądze mogły wracać do partii jako tzw. czarna kasa wyborcza? Nie na wszystko wszak da się wystawić fakturę...
Że Platforma nie poczuła się ukrzywdzona przez Marcina Rosoła świadczy dalsza jego kariera – jeszcze gdy toczyło się śledztwo trafił do zarządu Agencji Rozwoju Mazowsza spółki samorządowej będącej w rękach ludzi PO i PSL. Po umorzeniu śledztwa były pełnomocnik finansowy sztaby wyborczego Platformy i były szef Biura Klubu Parlamentarnego Platformy został szefem gabinetu politycznego skarbnika PO, ministra Mirosława Drzewieckiego. Marcin Rosół w przeszłości był również asystentem Grzegorza Schetyny i Donalda Tuska. Jak widać to człowiek niezniszczalny i z dobrymi koneksjami. Kariery zapewne jeszcze nie zakończył.

Adam Leszkiewicz – partner rozmów Rosoła. Obecnie jest podsekretarzem stanu w Ministerstwie Skarbu Państwa. Poprzednio przez wiele lat związany z Aleksandrem Gradem. Pełnił również przez jakiś czas funkcję sekretarza miasta stołecznego Warszawy gdy Platforma objęła rządy w stolicy. Po zwycięskich dla PO wyborach został podsekretarzem w KPRM, a następnie w Ministerstwie Skarbu.

W czasach swojej aktywności w administracji warszawskiej Leszkiewicz był też pełnomocnikiem prezydenta stolicy ds. systemu zarządzania jakością i etyką. Od kwietnia 2009 r. Adam Leszkiewicz jest (sic!) Przewodniczącym Rady Służby Cywilnej, działającej przy Prezesie Rady Ministrów. Według KPRM „Rada Służby Cywilnej ocenia również m.in. przebieg postępowań kwalifikacyjnych w służbie cywilnej, a także może skierować swojego przedstawiciela w celu obserwacji przebiegu procesu naboru przeprowadzanego na wyższe stanowisko w służbie cywilnej.”


Historia przecieku w aferze hazardowej
Kataryna "Projekt"
Kataryna: "Projekt" - cd
I. Szafrańska: Chlebowski dla "Polski" czyli walczę, Rysiu walczę

piątek, 30 października 2009

"Baader Meinhof – pasja za którą płaci się życiem"

Taka reklama filmu właśnie wydanego na DVD leci sobie w „pierwszym radiu informacyjnym”. W zasadzie radio specjalizuje się w lewicowym oglądzie świata z mocnym przechyłem propagandy homoseksualnej, choć od czasu do czasu przypinają sobie jakiś bardziej prawicowy kwiatek do czerwonego kożucha. A Tok FM poleca ów film.

Filmu nie oglądałem w kinie, nie mam też zamiaru kupować DVD. Zaczekam na emisję w telewizji, lub wyprzedaż gazetowych „insertów”, gdzie niewątpliwie trafi, tak jak trafił film o Guevarze. Nie wiem czy film jest dobry, czy słaby. Natomiast reklama budzi we mnie skrajnie negatywne odczucia. Wiem kim byli Baader i Meinhof. Wiem czym była Frakcja Czerwonej Armii (RAF). Reklama: „pasja za którą płaci się życiem” jest czymś uwłaczającym. Życiem zapłaciły ofiary owej „pasji” i nie ma tu nic do rzeczy kim ich ofiary były. Los zbrodniarzy z RAF nie wywołuje we mnie współczucia, tak jak nie współczuję Guevarze, czy stalinowskim mordercom „wyczyszczonym” przez innych stalinowskich morderców, którzy okazali się sprytniejsi, lub bardziej zbrodniczy. Tak samo jak nie współczuję hitlerowcom zamordowanym przez innych hitlerowców. Noc długich noży nie miała pozytywnych bohaterów.

Jako ludzie mają prawo do pokuty, ekspiacji i nawrócenia. Jako bohaterowie popkultury zasługują tylko na potępienie.

Nie wiem jakie jest nastawienie filmu. Reklama sugeruje, że główni bohaterowie – Baader i Meinhof to ludzie pełni pasji (ideałów?), którzy niestety zbłądzili na manowce. Nie zgadzam się na taką wizję świata. Nie zgadzam się na cywilizowanie zbrodni i oswajanie morderców. Nie zgadzam się na odczarowywanie zbrodniarzy. Nie zgadzam się na „pasję za którą płaci się życiem”. Nie zgadzam się na koszulki z Guevarą, ani apologię KPPowców nawet jeśli towarzysze z Kominternu wyprawili ich na tamten świat. Nie! „potwór powinien mieć twarz potwora”. Ja też „nie wytrzymuję takich hybryd”. Nie!

czwartek, 29 października 2009

Drzewiecki miał zawał, a Tusk przejdzie lobotomię!

Czyli media „Super Prank” w akcji.

Piękny news. Na jedynkę we wszelkich portalach informacyjnych. Problem w tym że wiadomość nieprawdziwa, choć w przypadku Donalda Tuska brzmi w miarę wiarygodnie.

Drzewiecki miał zawał. Drzewiecki miał rozległy zawał. Drzewiecki nieprzytomny. Drzewiecki w ciężkim stanie. Drzewiecki miał zawał po tym gdy jego matka zmarła w dniu dymisji. Szkoda, że nie zrobiłem screenów, ale takie newsy pojawiły się na Onecie, DGP, Wyborczej. Czasem z postawionym z pewną nieśmiałością znakiem zapytania. Newsy na świat wydało RMF FM. Potem poszły w świat ulegając eskalacji. Dało się usłyszeć w radiach, czy trafiło na czerwone paski w telewizjach?

W czasach pośpiechu nikt nie ma czasu na weryfikację tego co podaje. Dziennikarze newsowi działają chyba w pojedynkę, gdyby operowali parami, to jeden umiałby czytać, a drugi pisać. Dziś na stanowisku pozostał już tylko ten który pisze.

Jeszcze wczoraj media ekscytowały się tym, jak to żona posła Hofmana dwa lata spędziła na lekarskich zwolnieniach. Potem okazało się, że owszem, nie była w pracy dwa lata, z tym, że w tym czasie wykorzystała urlop macierzyński, zaległy urlop wypoczynkowy i roczny niepłatny urlop wychowawczy który przysługuje każdemu rodzicowi po urodzeniu dziecka.

Warto przypomnieć historię pościgu za hitlerowskim zbrodniarzem w Indiach. Niemiecka agencja „Perus Narkp” podała informację o aresztowaniu w Indiach pułkownika SS Johanna Bacha. Podchwyciły to indyjskie media. W krótkim czasie media opisały losy Bacha, historię jego przyjazdu do Indii, pościgu w dżungli, okazało się, ze jest utalentowanym muzykiem, padła nawet nazwa obozu koncentracyjnego w którym służył.

Sęk w tym, że agencja „Perus Narkp” okazała się grą słów „Super Prank”, co ma znaczyć „super kawał” a cała historia została zmyślona przez blogerów, na którą media dały się łatwo nabrać twórczo rozwijając „narrację”.

Drzewiecki nie miał zawału i nie leżał w szpitalu, nie był też nieprzytomny, a przynajmniej nie z tego powodu. Drzewiecki na razie odpoczywa. Na Florydzie.

Dla mediów „Super Prank” gratulacje.

Zmyślony "hitlerowiec": medialna kompromitacja roku?
Reputed Indian newspapers taken in by Nazi war criminal hoax

środa, 28 października 2009

In-vitro, demografia i strategiczni doradcy premiera

Siedząc w Mc Donaldsie przeglądałem Mc Gazetę. Zszokował mnie tytuł jednego artykułu: „Na niż demograficzny metoda in vitro?”. Niż demograficzny – rozumiem, in-vitro – też wiem o co chodzi. Ale co ma wspólnego jedno z drugim skoro dotychczas w Polsce urodziło się dzięki tej metodzie kilkanaście tysięcy dzieci i to w czasach, gdy nie było to regulowane prawnie?

Pod tym tytułem kryje się rozmowa którą Katarzyna Wiśniewska z GW przeprowadziła z dr Pawłem Kaczmarczykiem z zespołu doradców strategicznych premiera. Doradcy strategiczni to naprawdę brzmi groźnie. Szefuje temu zespołowi Michał Boni, co znając przeszłość małego rycerza premiera brzmi wręcz przerażająco. Najważniejszym jak dotychczas osiągnięciem premierowskich strategów był raport „Polska 2030 Wyzwania Rozwojowe”. Raport świetnie rozreklamowany, lecz w roku 2030 będzie zapewne wart tyle co papier na którym został wydrukowany.

Sytuacja demograficzna Polski nie jest najlepsza, są tego najróżniejsze przyczyny. Nie czas i miejsce by teraz o tym pisać. Ale co ma z tym wspólnego in-vitro? Tymczasem owo in-vitro znajduje się już w tytule rozmowy jak również kilku pytaniach. Już pierwsze brzmi: Jak na kwestię in vitro patrzy przedstawiciel środowiska demografów? Dalej Czy finansowanie in vitro z budżetu państwa można by potraktować jako część polityki społecznej? Oraz Jeden z projektów złożonych w Sejmie zakłada, że in vitro byłoby dostępne tylko dla małżeństw.

O co chodzi? O demografię? Dla tej in-vitro jest bez znaczenia, czy też o lansowanie in-vitro w naukowym sosie? Jeżeli już coś ma praktyczne znaczenie dla rozwoju demograficznego Polski to zagrożenia jakie niosą postulaty prawne swobody dokonywania aborcji czy też skala tzw. podziemia aborcyjnego i praktyczna jego bezkarność. Ten temat jednak w rozmowie pani Wiśniewskiej się nie pojawił.

Pan Kaczmarczyk w mediach firmował antydemograficzne działania rządu polegające na praktycznej likwidacji tzw. Funduszu Rezerwy Demograficznej: „Jeżeli w kryzysie budżet państwa potrzebuje pieniędzy z Funduszu Rezerwy Demograficznej (FRD), to nie ma problemu, by z nich skorzystać.” Takie postępowanie rządu spotkało się z krytyką ekspertów np. prezesa Zarządu Instytutu Spraw Publicznych Jacka Kucharczyka.

Kolejnym wiekopomnym dziełem ekspertów rządowych miała być strategia zachęcania emigrantów do powrotu do kraju. Z szumnych zapowiedzi powstała mizerna broszurka która miała być rozdawana bezpłatnie w wyspiarskich kościołach a zawierała kilka banałów o cenach nieruchomości, czy sposobie rejestracji firmy w Polsce. Na skutek kryzysu taktyczna sytuacja szybko uległa zmianie i strategiczna broszura nadaje się co najwyżej do wyściełania wyspiarskich kubłów.

Na koniec chciałbym podsunąć pani Wiśniewskiej kilka pomysłów na pytania, gdyby chciała ponownie porozmawiać z panem Kaczmarczykiem. Zacząć można by od eutanazji - w świetle wydłużającej się długości życia w Polsce, likwidacji rezerwy demograficznej i wzrostu liczby wypłacanych rent i emerytur ponad możliwości państwa. Czy finansowanie eutanazji przez państwo można by potraktować jako część polityki społecznej. Drugim ważkim tematem który pani Wiśniewska mogłaby poruszyć jest wydłużenie wieku przechodzenia na emeryturę do 103 lat dla kobiet i 108 i pół roku dla mężczyzn. To ostatecznie rozwiąże problem FRD i przyzna doradcom premiera dozgonną rację.